|
czwartek, 10 września 2009
Nie wiem czy to miejsce wciąż żyje. Może śpi? Może odpoczywa? Pewnie coś z tych rzeczy. W każdym razie to Dwubiegunowy teraz dycha i się uśmiecha do was serdecznie. Niektórzy tak mają, że nie usiedzą długo w jednym miejscu. ---- Update: I tu, i tu! Bo przecież nie tylko dla siebie piszę. Przemiany.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Gniew.
Znowu mi się śniło. Niemal identyczny sen. Słońce wybucha i zabija 99% ludzi. Ci, którzy cudem przeżywają, padają jak muchy. Chowają się po piwnicach i łazienkach. Zapasy żywności niedługo się skończą, nikt się nie łudzi. W ciągu dnia temperatury sięgają 70-80 stopni, w nocy spadają do 50. Tego nie powinno dać się przeżyć, a jednak. Powietrze ma przecież temperaturę gorącej, dopiero co odstawionej z ognia zupy, którą jeśli wylać na siebie, parzy. Czy 60 stopni nie jest tym maksimum? Siedzę w wannie pełnej zimnej wody, która jednak szybko przestaje być zimna. Spuszczanie wody i napełnianie jej od nowa jest trudne do przeżycia. Nie wychodzę z łazienki w ciągu dnia. Raz spróbowałam. Żar, który we mnie uderzył był niesamowity. Palące promenie wdzierały się przez wszystkie okna z równą siłą. Spojrzałam na termometr, 68 stopni, kurwa mać. Nie będzie już jedzenia, ponieważ ziemia powoli zamieni się w pustynię, a zapasy skończą się. Wszystko umrze. Ludzkość nie przeżyje dekady. Może jakieś odporne mikroorganizmy w drodze ewolucji zmienią się w coś, ale to znówu miliardy lat. Ziemia nie ma tyle czasu. Słońce będzie się powiększać i w końcu pochłodnie nie tylko tę planetę, ale i cały Układ Słoneczny. I ja tak cholernie żałuje, że nie zabił mnie ten pierwszy wielki wybuch. Właściwie to nie wiem, dlaczego przeżyłam. Dlaczego ktokolwiek przeżył i wciąż żyje. Nieważne. To i tak już jest kwestia przetrwania, tych paru oddechów więcej, nie wiadomo po co. Nikt już niczego nie zrobi. Na świat nie przyjdzie już ani jedno ludzkie dziecko. Leżę w tej wannie i zastanawiam się, czy to nie jest jakiś żart ze strony wyższej istoty panującej. Beza, zadzwoń już. Śni mi się to trochę za długo, ignorując prawidłowe długości faz snu. Powinnam się już obudzić, jet rano. Dzwoni. Wreszcie. Dzienks.
środa, 26 sierpnia 2009
Złoślistwo.
Po pierwsze, wczoraj w tym badziewnym Empiku na Ochocie kupiłam książkę, której brakuje 20 stron. Skapnęłam się wieczorem. Pomyślałam, wrócę się do Empiku rano. Ale co? Ale co? Szósta piętnaście, dzwoni brat. Martyna, zgubiłem klucze! Przyjeżdżaj, bo nawet nie mam do kogo iść przeczekać! Olałam go i poszłam dalej spać. No bo kurna! Nie będę się zrywać w środku nocy i pędzić na pociąg do Łodzi. Nie mój problem. No ale wstałam godzinę później i poszłam, bo ja mam dobre serce. I nie wróciłam przez to do Empiku... Znalazł klucze pięć minut po tym, jak weszłam do domu. Były u Grubej z parteru. Szlag, szlag, szlag! I jeszcze krzyczy na mnie! Dlaczego tak wolno. To był mój obowiązek zerwać się w środku grzybiej nocy i zapierdzielać z powrotem. I telefon mi zabiera, bo na karcie nic nie ma, a chce zadzwonić do koleżanki. I krzyczy! Ostatnio wyłączył mi komputer w strategicznym dla mnie momencie, bo mu wysłać sms-a za 3 zł nie dałam. Niewidzęcznik cholerny. A pododno jesteśmy z tych samych rodziców. Zostawiłam go samego na mniej niż dobę. W mieszkaniu syf, walające się butelki i smród od żółwi, którym nasypał za dużo żarcia, więc zapchał się filtr. Będzie. To. Sprzątał. Dzownię do matki. Jak posprzątać tym żółwiom? Tłumaczy... Ale tam są rybki! Musisz coś z nimi zrobić. Rybki spuszczę w kiblu, odpowiadam zrezygnowana. Matka nawet nie protestuje. Chyba zrozumiała moją sytuację. :)
Apdejt: Oczywiście kto posprzątał? JA. Tamtemu nie przeszkadza, że śmierdzi. Przyzwyczaił się. Wszak ma to 24h/d I tak: To była najbardziej obrzydliwa rzecz, którą robiłam w tym roku. Rybek nie spuściłam w kiblu, bo ich tam nie było. Żółwie je chyba w końcu zjadły jako padlinę. Jeden żółw nie wypływa na powierzchnię. Zarył ryjkiem w ten piasek i chyba zdycha. Ej, Beza pomagała, krzyknęła Beza widząc, że cośtam stukam. Tak. Beza pomagała. Został jeszcze krajobaz jak po bitwie, ale później. Później. Teraz zamykam się w pokoju i jem przyniesione przez Bezę czekoladki. Nie mam siły!
Naprawdę szitowy dzień.
piątek, 21 sierpnia 2009
Nieoczekiwane zwroty akcji.
Cellar miała dzisiaj dobry dzień, który zaczął się marnie. Marnie, bo musiałam wstać o szóstej rano po czterech godzinach przerywanego snu. Wczoraj wieczorem zepsuł mi się modem i prawie zemdlałam ze zderwowania. Rano to wciąż mnie trzymało. Ale pojechałam do Wszawy i chyba znalazłam sobie mieszkanie. Ha! I to fajowe. Wiedziałam już właściwie jak stanęłam w drzwiach i przywitała mnie gospodyni. Poza tym - ile w tej Warszawie mężczyzn mojego życia... W życiu bym nie pomyślała. Że akurat w stolycy. Ale tak... A ja tam będę studiować pięć lat, mam nadzieję. Hihi. I fajnie.
czwartek, 20 sierpnia 2009
Powiedziała mi dziś.
Uwielbiam cię, ale wybacz, jeśli wbiję ci nóż w plecy. Tak się może stać i jeśli to zrobię, naprawdę, postaraj się nie mieć mi tego za złe. Bo ja nie będę wiedziała, dlaczego to zrobiłam. Po prostu... po prostu to zrobię. Mam coś dla brązowookiej.
Zdałam sobie sprawę, że większość moich tak zwanych miłości wzięła się ze snów. Śnił mi się i potem budziłam się nie wiedząc co myśleć. Przez jeden sen bujałam się raz w takim przez dwa lata! I w ogóle, przez sny robiłam często dużo naprawdę głupich rzeczy. (Wysyłanie anonimowych, bardzo głupich listów pocztą po zdobyciu adresu wybrańca w średnio legalny sposób; niezamierzone ścinanie mocy włosów; jeżdżenie w nieznane, żeby coś sprawdzić. Bo ten sen był taki rzeczywisty...) Budziłam się rano i czułam coś, czego wcześniej tam nie było. Czasem to uczucie nie miało żadnego związku z rzeczywistością. Było po prostu 'z dupy'. Ale mimo moich starań i tłumaczenia sobie nie mogłam przestać czuć. To już tam we mnie było i musiałam coś z tym zrobić. Zastanawiałam się przy okazji: Czy to, co czułam było prawdziwe? Czy może należałoby to zaliczyć do kategorii uczuć wyśnionych, czyli jakby gorszych? Oczywiście, zawsze można sobie zaprzeczyć, a potem przestać istnieć. To wszystko dlatego, że, jakby nie patrzeć, w tych snach to naprawdę jesteśmy my. Z tymi osobami. Dzieją się pewne rzeczy. I dochodzi do nas., że nie mamy nic przeciwko, a nawet nam się to podoba. Mówiłam o sobie. Tak. Ale o niej też. Moja bohaterka niestety będzie musiała przejść przez to samo. Bo jestem paskudna. NiachNiachNiach.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Szu-sza.
Co mnie w ogóle naszło, żeby się tego napić? Brat kupił gdzieś tam w świecie wódkę o smaku marihuany (dobre sobie). To sobie zrobiłam drinka z colą i choć dobrze się piło, od wczoraj mnie suszy niemiłosiernie. Jej, co za upierdliwstwo. Matka miała tak samo i mnie nie ostrzegła. Nu, nu! Zrobiłam mamie z przyzwyczajenia, po tym jak z tydzień nununiłam małej Marysi. Ciągnąć za grzybie kłaki nu-nu. Zrywać bransoletki nu-nu. Wiecie. :) Ale świetna jest i cały czas się cieszy. Ojciec żartuje, że może dlatego, że głupia jakaś. E tam, mądra będzie jak pozostała trójka. No może nie mądra, a inteligentna. Nie mogę powiedzieć, żeby mój lekkoduszny brat był mądry. Co ja się przez niego na wzdycham, boszszsz... I tak, siedzę, czytam, naprawiam angielski, wkurzam się kiedy zaczynam myśleć po angielsku i nie mogę przestać. Nie lubię tego języka, jest jakiś taki mdły, nijaki. Zero egzotyki, a mi tak na coś egzotycznego zbiera się właśnie. Wczoraj gadałam sobie na Omegle parę godzin z jakimś Hindusem, dziś z Indonezyjczykiem. Ciekawych rzeczy można się dowiedzieć, naprawdę. Ale po dobie już znudziło mi się to międzynarowe czatowanie. (Amerykanie to pieprzeni idioci.) Za szybko się wszystkim nudzę. Że tym to akurat dobrze, bo naprawdę, pół świata nie musi wiedzieć, że jestem dziwna. No ale to się nie opłaca w pozostałych sprawach. Ten słomiany zapał. Rzucam się na coś i równie gwałtownie to potem odrzucam. Nie umiem się skupić na jednym, wędruję, wiercę się... Wsadzam we wszystko łapy i to, co je w końcowym efekcie oblepia to jakaś kupa jest.
sobota, 08 sierpnia 2009
W pełni.
Jeziora nie tknęłam nawet stopą. Nie miałam się na to. Coś czyhało na mnie w głębinach. (Z całą pewnością.) I ten cholerny księżyc. Zbyt okrągło mi świecił, a w czwartek, do diabła! Jak mnie pełnia nie rusza, to teraz wyjątkowo mnie ruszyła. Srebrne wredne światło pokruszyło mi sny. Oooo, nie dajcie się zwieść. Pan księżyc świeci nocy, nie dniowi i zamiary miewa dosyć podłe.
niedziela, 02 sierpnia 2009
Oczko.
Legenda głosi, że tego dnia Grzyb wyrósł spod sosenki. Rzućcie się może jakimiś wirtualnymi życzeniami. Znając życie, znowu nikt poza rodzicami, babciami i ciociami sobie o mnie nie przypomni. No może jakaś Panna M czy Beza...Tak, zdecydowanie proszę nie rodzić dzieci w wakacje!
piątek, 31 lipca 2009
Orliście.
Sobie siebie roztrząsam.
wtorek, 28 lipca 2009
Co się o ciebie upomni.
Wpadłam w taki jakiś nastrój i płaczę. Pewnie dlatego, że zbliżają się moje urodziny. Zawsze w okolicach urodzin mnie rozkrusza. Kawałek po kawałku. Rocznice źle na mnie wpływają, bo powinno być wesoło, a nigdy nie jest. Nie, odkąd przestałam być dzieckiem. A przestałam nim być niedobrych parę lat temu. To było brutalne pożegnanie z lekkością bytu, nieświadomością, z jasnym dniem i ciemną nocą. Wszystko nagle przestało być jednoznaczne. Niebo runęło, piekło powstało. Pojawiły się pytania, a potem więcej pytań. Odpowiedzi też się pojawiały, ale bardzo głęboko i nie chciałam ich wydobywać na powierzchnię. I zapadłam się, bo nie można siebie długo oszukiwać. To, co mnie wzywało, prędzej czy później, musiało się o mnie upomnieć. I upomniało, do cholery, jak to się o mnie upomniało! I jak to się jeszcze o mnie upomni. Więc co roku płaczę przeklinając i szczelnie otulając ramionami to niebezpiecznie schłodzone pod żebrem.
sobota, 25 lipca 2009
Rozdwojenie
Kurdem. Zatęskniłam za Dwubiegunowym. Doprawdy, tęsknić za blogiem! Jak nisko upadłam.
piątek, 24 lipca 2009
Pomidor!
Jakaś taka złośliwa się zrobiłam. Grzybowa. Smirking, not smiling i co ty pieprzysz idioto. Ja też pieprzę, więc co tam. Ciekawe, nie widzę drogi powrotu do siebie, jakbym szła trochę na oślep, na węch, ale jak widać, a raczej czuć znazłam jakiś trop.
wtorek, 21 lipca 2009
Drżenie jelit.
Skęca mnie w żołądku i ściska w gardle. Pewnie wyrzuty sumienia, ujawniający sie fizycznie niepokój egzystencjalny lub coś z tych rzeczy. I nic mnie już nie zdziwi, doprawdy... Niech mnie coś pozytywnie zadziwi! No dalej, chcę odebrać przypadkowy telefon od bardzo znaczącego kogośtam i wdać się w w przypadkową dyskusję, która zawiedzie mnie gdzieśtam. Nie mogę obstawiać kto i gdzie, bo skreśliłabym go tym samym z listy moich zadziwień. Powiedziane, napisane, nawet pomyślane, nie zdarza się. Zawsze jest zupełnie inaczej. Czy chociaż raz było dokładnie jak powiedziałam, napisałam, pomyśłałam? Nie! O ile to nie było to z proporczego snu oczywiście. Oczywiście! Niedobrze. Cały dzień mi niedobrze i dobrze, że w kinie akurat nie było mi tak niedobrze, bo bym musiała ewentualnie narzygać do tej dziury na kubek z kolą, a miałam tak kiedyś w jednym śnie i to był niefajny sen, bo potem wylazły z tej dziury pająki. Zrobiłam żart mamie i zabrałam ją na Brüno, ale obie mamy odpowiednie poczucie humoru i wyszłyśmy uhahane. Hahaha. Od razu poluzowało mi się w zwojach, tylko żeby była równowaga w przyrodzie, ścisnęło w żołądku. Ale myślę, mogłam się też zwyczajnie czymś struć.
niedziela, 19 lipca 2009
Wciąż beznadziejny przypadek.
Udaję, że mnie nie ma, a jestem. Nawet bardzo jestem. I postanowiłam się nawet wziąć się za coś, za co miałam wziąć się od dawna, ale jakoś nie wiedziałam od czego zacząć. Teraz jakby mi zaświtało, tak więc zakasałam rękawy. Cellar na dużo lepszej drodze do samorealizacji niż wcześniej. No i w poniedziałek jadę wreszcie złożyć papiery na swój dopiero wymarzony kierunek, więc fajnie jest. Może wakacje trochę do dupy, ale nie zapracowałam sobie, tylko się opieprzałam, to tak mam. Choć to ciekawe, może powinnam iść w ślady brata, który co kilka dni wysyła rozpaczliwe sms-y ze swojego południa Hiszpanii. Nie mam nawet na mineralną! Matka przejęta tym, że jej synek jest głodny (a przydałoby się, żeby trochę schudł spaślak jeden) lituje się i dosyła darmozjadowi kolejne pieniądze. A mnie krew zalewa. No ale dobra, nie odzywam się, niedługo moje urodziny, może też sie coś uciuła. Nawet upatrzyłam sobie parę fajnych rzeczy, o tu i tu o to, na wertepy... No i tak. Siedzę sobie i marudzę. Kupiłam sobie bazylię w doniczce i wdycham. Lubię ten zapach. Hmmm, niech stoi. Jeszcze nie wiem co z nią zrobię. I mandragorę będę uprawiać! No, o ile mi w ogóle wykiełkuje. Podobno to nie tak łatwo. Ale to i tak pewnie wstrzymam się z wsadzaniem nasion do ziemi do wiosny. P.S. Uczuliłam się na ukąszenia komarów. Kurde, co to w ogóle jest?! Podobno tylko dzieci tak reagują. Czasami to mi się siebie żal, a ostatnio to coraz cześciej.
poniedziałek, 13 lipca 2009
To było do przewidzenia.
Musiałam się zaśmiać w monitor, kiedy zobaczyłam wyniki swojej rekrutacji na studia. Były identyczne z tymi wyśnionymi parę godzin wcześniej. Zgadzały się nawet miejsca na liście. Haha. Może cebula pod poduszką zadziałała, nie wiem. No w każdym razie - idę na studia do Warszawy. Tylko jeszcze nie wiem, na które, bo na jednych, tych bardziej priorytetowych, jestem na liście rezerwowej. Muszę wykopać jeszcze ośmiu bubków przede mną i wtedy będzie cacy. W sumie jestem dobrej myśli.
sobota, 11 lipca 2009
Bleh!
Moja podświadomość mnie dobija. Znaczy - wcale nie jest tak dobrze bawić się w rozszyfrowanie samego siebie. Bo jak się już rozsupła te wszystkie supły, oczom duszy może ukazać się coś niespodziewanego, strasznego, brrr. Więc może już nie będę. Chwilowo przynajmniej. To wyparte niech pozostanie wyparte. Niech mi się już tak nic nie uświadamia. Bo ała. Czasem lepiej nie myśleć za dużo. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
1. Perły
2. Korale
3. Kamienie
4. No kto by pomyślał!
5. Bujanki
|